wtorek, 30 października 2012

niedziela, 28 października 2012

Helloween, mi nie przeszkadza

Helloween... Opinii jest tyle, co ludzi. Ja powiem szczerze. Mi ten obyczaj nie przeszkadza. Ani go za bardzo nie celebruję, ani nie krytykuję. Nigdy nie byłam na helołinowej zabawie, nigdy się nie przebierałam, takiej tradycji wokół mnie i moich rówieśników nie ma. Ale moje dzieci, obchodzą je z innymi dziećmi co roku. Oczywiście daleko im do amerykańskich czy angielskich szaleństw. Ot, jest okazja do spotkania wieczorem z przyjaciółmi i przygarnięcia trochę słodyczy.  N a naszym osiedlu i w okolicy dzieciaki przyjmowane są z życzliwością a ja zawsze mam zapas cukierków:) Tu i ówdzie widać w ciemności wydrążone dynie z przeróżnymi groźnymi minami. Taki miły wieczór z palącymi się lampionami i śmiechem dzieci.


Ja też co roku, na prośbę dzieci, przygotowuję dynie na ten dzień. Lecz ja mam w tym też inny interes. Z wydrążonego miąższu przygotowuje zupę dyniową a pestki suszę. Taka zupa ma swój niepowtarzalny i jedyny smak.
Uważam, że w Polsce obyczaj ten nie jest aż tak bardzo rozpowszechniony, żeby się martwic, iż przejmie wyższość nad Świętem Zmarłych. To raczej kwestia podejścia rodziców do tematu i wpajania dzieciom wartości. Święto Zmarłych jak dla nas, jest okazją do odwiedzenia grobów bliskich, którzy są pochowani na cmentarzach w innych miastach. Jest to czas zadumy i wspomnień. A grób mojego taty a dziadka moich dzieci, który jest na pobliskim cmentarzu, odwiedzamy tak często, jak mamy okazję. Nie tylko w Święto Zmarłych. Bo o bliskich zmarłych pamięta się każdego dnia i nie zagłusza i nie przeszkadza nam w tym, żadne amerykańskie Helloween. Nie piszę o tym, aby wywoływać dyskusję, bo tak jak wspomniałam, jest mnóstwo opinii. Chciałam tylko zwrócić uwagę, że pewne kwestie są obecne w naszym życiu, czy tego chcemy, czy nie. Świat stał się nam bliski, niemal na wyciągnięcie ręki. Dzięki internetowi, kablówce, telefonom komórkowym. Globalna wioska. Jeżeli zabronimy dzieciom korzystać z internetu, skorzystają z kafejki internetowej. Jeżeli nie pozwalamy grac w gry komputerowe, będą grac u kolegów. A tylko nas oszukają. Spokojnie, wszystko z umiarem a najważniejsze, to rozmawiać  Dużo rozmawiać i tłumaczyć  Żadne amerykańskie święto nie zmieni wartości naszym dzieciom, jeżeli będziemy z dziećmi celebrować nasze rodzime święta i dawać im dobry przykład. Ale to tylko moja skromna opinia.

A co w domu? Śnieg pokrzyżował mi trochę plany. Miałam zamiar zebrać dużo liści klonowych i zrobić z nich różyczki. Z zeszłego weekendowego spaceru, miałam jedynie kilka liści. Wyszła taka oto skromna dekoracja do uwitego z winobluszczu wianka.

Wianek zawisł na drzwiach wejściowych.

Jesienny wianek z widokiem na śnieżny krajobraz:)




A tak przy okazji, dziękuję Wam dziewczyny, za przemiłe komentarze pod poprzednim postem. Jak widać  rzeczy najprostsze są najfajniejsze. Trzeba je tylko zauważyć  Albo podczytywać jakiegoś bloga:) Ja też podczytuję  i niedługo powstaną lampiony ze słoików z inspiracji sięgniętych od http://puchaczwpniu.blogspot.com/. Pozdrawiam Cię Puchaczu:)
Pozdrawiam wszystkich zaglądających:)


niedziela, 21 października 2012

Wiła wianki...

Co można robić w niedzielne słoneczne popołudnie? Wiele rzeczy można robić,  niewątpliwie. Można np. dostać telefon od koleżanki z pytaniem: przycięłam winobluszcz, robimy wianki? No pewnie, dwa razy nie trzeba mnie namawiać:)


Jak na skrzydłach pobiegłam i wzięłyśmy się ostro do roboty. Efekty przyszły niebawem. Wianków wyszło sporo, same popatrzcie.



Zresztą wianków nigdy za dużo. Przydadzą się na Święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc. Z myślą o tych drugich powstało nawet gniazdo...



Myślę, że coś wymodzę ciekawego na zbliżające się Święto Zmarłych, zamiast tradycyjnej wiązanki. Zresztą wianki pasują o każdej porze roku i można je dowolnie przyozdabiać
Ale najfajniejsze w tym wszystkim było to, że spędziłyśmy wijąc wianki miłe kilka godzin na świeżym powietrzu, gawędząc o tym i o owym. A praca w miłym towarzystwie wre:)
Ania, Ty wiesz, o czym myślę...dzięks:)
A gdy już prawie zabrakło nam materiału do pracy, z resztek powstał sobie warkocz.



Warkocz, służy mi teraz w kuchni i dzielnie podtrzymuje ostre czerwone dziewczyny.


Zbieracie plastikowe nakrętki? Ja, tak. Wrzucam je do tej przyjemnej torebki, w której dostałam kiedyś w prezencie likier. Myślę, że się fajnie wpisała w kuchnię a i jest pod ręką.


Pozdrawiam w nadchodzącym tygodniu. Ja się wybieram w delegację. Stety i niestety, samolotem. Jednak obserwując ostatnimi czasy poranne i wieczorne mgły, kiepsko to widzę:(


środa, 17 października 2012

Przez chwilę byłam nieletnia

Na początku chciałabym wszystkim podziękować za tyle przemiłych komentarzy pod ostatnim postem. Cieszę się, że Wam się Ludwiś podoba. Zadomowił się już u nas, rozpakował, tzn. zapakował i dumnie spełnia swoją funkcję.


Ale wróćmy do tematu posta. Otóż pewnego dnia, w niewyjaśnionych okolicznościach stałam się znów nieletnią. Ba, nawet okazało się, że mam mniej niż 13 lat:) Tak, to nie żarty. A było to tak.
Jak co dzień (no prawie), odpaliłam kompa i oczywiście chciałam wejść na mojego osobistego, prywatnego bloga celem pooglądania co tam u Was słychać  tudzież wrzucenia jakiegoś pościka. Lecz nagle moim oczom ukazał się komunikat, że moje konto gmail zostało usunięte, ponieważ (w tym momencie słychać werble), mam mniej niż 13 lat tzn. nie spełniam warunku korzystania z wszelkich przysługujących mi do tej pory usług. Tak, po 1,5 roku blogowania, wujek google dopatrzył się takiej zbrodni. Zrozumiałym jest, że mój blog został także usunięty. No więc, postanowiłam wyjaśnić sprawę. Sięgnęłam do centrum pomocy i    jedyne co mi pozostało to: przesłać kopię jakiegoś dokumentu potwierdzającego pełnoletność lub zapłacić kartą kredytową 0,30 USD. Przy czym wujek google poinformował mnie, że przesyłanie kopii danych będzie długotrwałe, natomiast opłata tak drobnej kwoty sprawi, że stanę się natychmiastowo pełnoletnia i moje konto i blog zostaną odblokowane. No więc zagotowało się we mnie, bo jakże to. Dzisiaj jestem pełnoletnia a jutro już nie. Zadzwoniłam do biura w Warszawie, gdzie przemiła sekretarka (niestety automatyczna) poinformowała mnie, że i owszem mogę zadzwonić od 9-17. Ale widocznie wszyscy się pochorowali, bo nikt przez kilka dni nie odbierał telefonu. No to niezrażona tym niepowodzeniem, zadzwoniłam do biura w Krakowie. Tam o dziwo szybko się połączyłam i porozmawiałam z przemiłą Panią. Pani powiedziała mi co mam zrobić (patrz wyżej) a na moje pytanie dlaczego tak się stało, Pani powiedziała, że pewnie ktoś się włamał na moje konto i perfidnie zmienił dane. To ja się pytam teraz, KTO się włamał, Kto tak pragnął pozbawić mnie mojego bloga. No KTO?:)
Niezrażona niepowodzeniem, napisałam do webmasterów. No bo jakże to, danych nie będę swoich gdzieś w świat przesyłała a płacić za darmowy (chyba) blog nie przystoi. Nie muszę wspominać  że na moje pytania i prośbę o pomoc nie otrzymałam odpowiedzi. Stwierdziłam, że może ten mój blog nie jest jakiś tam nadzwyczajny ale jest mój i chciałam go odzyskać  A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. No to sięgnęłam do kieszeni (tzn. po kartę kredytową) i zapłaciłam im te 0,30 USD. I wiecie, stał się cud. Odzyskałam swoje konto, blog oraz pełnoletność w 5 minut:)
Takim to właśnie sposobem, piszę sobie tego posta. A napisałam całą tą historię, jako.... no chyba jako ciekawostkę przyrodniczą. Ten nasz blogger nie jest taki darmowy jak się wydaje i któregoś pięknego dnia, możemy stać się np. nieletni:) Podobną historię, aczkolwiek z innym tłem w środku opisała kiedyś Iza z http://my-cottage-life-bubisa.blogspot.com. Także, nie jestem odosobniona. Dzięki Iza za wsparcie:)
A żeby nie było, że tylko z bloggerem się brałam za bary, powstały w tak zwanym między czasie dynie według przepisu Looki i uwity został wianek.



Pozdrawiam i do miłego:)

niedziela, 7 października 2012

Ludwik... nostalgicznie...

A oto i on. Wyczekany i wymarzony. Wymagał trochę pracy, trochę szlifowania, trochę woskowania... A teraz cieszy nasze oczy. Jest jak przysłowiowa wisienka na torcie, bo już tylko jego brakowało w naszym salonie. Ludwiś....:)
Każdy z mebli w pokoju jest kupiony w innym czasie, więc nie są to komplety. Ba, nawet miały inne odcienie  drewna. Jednak fakt, że stylizowane są na ludwikowskie, połączył je w całość.
Nie wspomnę o tym, że jest bardzo duży, pojemny, więc wreszcie mogę powiedzieć, że wszystko jest na swoim miejscu.






A tak wyglądał przed przemianą.


I cały kącik bufetowo - jadalniany. 




A dlaczego nostalgicznie? Ano dlatego, że pierwsze dekoracje jakie się na nim znalazły, to dekoracje jesienne. A jesień taką, jaką mieliśmy ostatnio bardzo lubię. Lubię też wieczory jesienne, takie bardziej spokojne i dzięki zapalonym świecom, nostalgiczne. Wieczory ze spokojną muzyką w tle i herbatką z imbirem. Mam taki patent na coraz mocniejszą herbatkę imbirową. Otóż zaparzam herbatę w imbryczku z podgrzewaczem. W herbatce pływa pokrojony imbir. Z biegiem czasu, kiedy herbata coraz bardziej się nagrzewa, imbir oddaje coraz mocniejszy aromat. Może amerykę nie odkryłam, ale piję takową dopiero drugi sezon zimowy. 
Ciekawa jestem, czy macie inne sposoby na jesienno-zimową herbatkę w podgrzewaczu? 






I wieczorową porą...








Przed nami kolejny tydzień pracy. Oby jak najszybciej się skończył i przywitał nas sobotnio-niedzielnym wypoczynkiem. Czego sobie i Wam życzę:)
Pozdrawiam.


wtorek, 2 października 2012

Szarości, biele, i turkus

Ostatnio wena mnie nie opuszcza. Cały czas coś przerabiam, przemalowuje i z Ludwisiem się zaprzyjaźniam. Chciałabym pokazać trzy mebelki, które ostatnio zmalowałam. Dwa z nich skończyłam przed wakacjami:) ale jeden to dopiero wczoraj. Wszystkie te mebelki są z drugiej ręki i były mocno sfatygowane. Myślę, że po "renowacji" wyszły całkiem, całkiem. Nie są to może cuda najwyższej klasy ale nam się podobają.

Pierwszy mebelek, to biurko dla syna. Długo szukałam odpowiedniego. Chciałam, żeby było duże, drewniane (ale nie sosnowe) i nie koniecznie firmy z z trzema kolorami w nazwie:). W końcu udało mi się nabyć, a jakże na ludwikowskich nóżkach. Ale zaczęłam się zastanawiać, czy aby spodoba się nastolatkowi. Wreszcie po konsultacjach rodzinnych, stanęło na kupnie. A że było podrapane, nie żal mi było zamalowywać dębową konstrukcję. Syn chciał biurko w kolorze szarym. Proszę bardzo:) A blat przemalowałam ciemną bejcą i polakierowałam. I właśnie ten blat ukazał swoje niedoskonałości w postaci jaśniejszych plam. Ale suma sumarum, podoba się nam taki niedoskonały. W końcu lubimy przecierki:) Proszę nie zwracać na wszędobylskie kabelki. Trudno sobie z nimi poradzić, kiedy tyle elektronicznego sprzętu wokół:)








Drugi mebelek, to szafka nocna, która trafiła do pokoju córki. Jest w kolorze turkusowym. Właścicielce się podoba, mamusi też. Ten mebelek nie jest drewniany ale czyż nie wygląda "pociągająco" z tymi swoimi wygiętymi nóżkami?:)



Trzeci mebelek, biała szafka, która trafiła to łazienki dzieci. W łazience tej znajduje się pralka, więc potrzebny było miejsce do przechowywania proszków i płynów. Doskonale się do tego nadała.


 Zdjęcie z lampą.



Pozdrawiam i dziękuję za życzenia urodzinowe:)

Już jutro.... Wesołych Świąt