Łączna liczba wyświetleń

sobota, 22 czerwca 2013

Upał...

Jeszcze zipię... Kilka pryszniców w ciągu dnia, kilka litrów wody z listkami mięty i zakaz gotowania, czyli obiad w pizzerii. To mój dzisiejszy sposób na przetrwanie upału.


Nie powstrzymało nas to jednak przed odwiedzinami w Willi Miracle http://willamiracle12.blogspot.com/. Przed południem spacerowaliśmy w takich okolicznościach przyrody:






W tygodniu powstało kilka słoiczków szczawiu i konfitury z dzikiej róży. Mniam:)



I może nie odkryłam ameryki, może Wam ten patent jest już dobrze znany, ale ja go nie znałam dotychczas. Otóż, papierowe etykiety świetnie przyklejają się do słoiczków, jeśli je chwilę pomoczymy w mleku. 


Ponadto, w związku z ostatnio podjętymi planami donoszę, że biurko zostało już oszlifowane i w tej chwili przechodzi zabieg ubijania różnych stworków, co to dziurki w ilościach hurtowych porobiły w drewnie. Szczególnie upodobały sobie nogi od stołu. Co prawda, nie jestem pewna, czy one tam rzeczywiście są, czy już się wyprowadziły. Jednakże, na wsjakij słucziaj, jak mawiają Rosjanie, potraktowałam je odpowiednią chemią.
Niechybnie mam zamiar potraktować je także szpachlą do drewna tu i ówdzie, aż nadejdzie radosna chwila – malowanie.
Z innych nowin należy zauważyć, że nieletni poczuli powiew wakacji i „(…) nic, ale to kompletnie nic nie mamy zadane, mamo (…)”. Ach, jak im zazdroszczę tego młodzieńczego czasu, końca szkoły, wyczekiwanych wakacji, luzu i blusu. A tak niedawno całkiem, jakieś sto lat temu, nie mogłam się doczekać, aż będę dorosła. No to masz babo, doczekałaś się dorosłości. „Fabryka” wzywa codziennie i nieubłagalnie do swojego gmachu a wizja emerytury jeszcze tak odległa. Odpocznij sobie babo przez dwa tygodnie wakacji w roku i ciesz się, że w ogóle masz tą swoją „fabrykę”. Nie narzekaj, bo wielu ich nie ma…
A takie przemyślenia krążą po głowie a to z racji nieletnich, co to im już wakacjami pachnie.    


 Pozdrawiam upalnie:)


piątek, 14 czerwca 2013

Peonie w kryształach, czyli powiew PRL-u

Jestem z dekady lat siedemdziesiąt i w sumie siłą rzeczy, nic nie pamiętam z tego dziesięciolecia:) Za mała byłam. Za to bardzo dobrze pamiętam lata osiemdziesiąte. Nie wchodząc w szczegóły politycznych spraw, które się wtedy toczyły, bo nie o tym mowa, okres ten zapamiętam przez pryzmat gierkowskich meblościanek, wąskich wersalek i makatek na ścianach, niskich ław a na nich serwet płóciennych w przeróżnych, aczkolwiek, burych kolorach. No i oczywiście obowiązkowo w każdym domu była kolekcja kryształów. 

Gdzieś tak trzydzieści lat temu o tej porze, w pewnym mieszkaniu na pięknym Muranowie na takiej właśnie ławie stał kryształowy wazon a w nim piękne różowe peonie przywiezione z działki pod Warszawą. Ten właśnie obraz tkwi w mej pamięci i wywołuje uśmiech i tęsknotę za dawnymi szczenięcymi latami. To jeden z obrazów rodzinnego domu…



Teraz, kryształy stały się passe. A przecież nasze matki kupowały je i eksponowały na honorowych miejscach meblościanek i na stołach. Kupując je nietanio często myślały, że podzielą się nimi z córkami, jak te dorosną i wyjdą za mąż. Będą miały pamiątkę po swoich matkach. Jednakże, kryształy zniknęły z mieszkań. Prawie nikt nie ma kryształowych wazonów, kielichów na wino, wódkę, ciężkich popielniczek (pamiętacie je?)... Zniknęły gdzieś w tajemniczy sposób lub zostały sprzedane przez internet, jako niechciane prezenty od swoich babć, matek, ciotek i chrzestnych matek.


Myślicie, że jak zakładałam rodzinę, to chciałam wziąć ze sobą mamine kryształowe cudaki pod swój własny dach? Ja, nowoczesna młoda żona, która swoje pierwsze gospodarskie zakupy robiła w Ikei?  Nie, oczywiście, że nie chciałam. W moim domu wszechobecne były szklane, gładkie kielichy na wino, do szampana… Wazony były ceramicze, gładkie w jednym kolorze. 


No ale los tak chciał, że kielichy wybijały się w tempie błyskawicznym a tu goście za progiem. Pewnego razu na prędce, pożyczyłam komplet kryształowych kielichów do wina od mamy. Jakie wrażenie zrobiły na mnie kolory tego trunku w krysztale, jakie wspaniałe uczucie, gdy trzymało się ciężkawy kielich czerwonego wina w dłoniach…

Potem pojawiły się kieliszki kryształowe do koniaku. Goście się zachwycali… Następnie zjawił się wazon, bo akurat brakowało mi takiej wysokości w mieszkaniu. Potem…. a potem znowu….


I tak kolekcja kryształów i ozdobnego szkła się powiększa. A mi z tym dobrze.
A Wy dziewczyny, zostało Wam coś jeszcze kryształowego w mieszkaniach, domach?




czwartek, 13 czerwca 2013

Ambitne plany dwa, kiedy je wdrożę, nie wiem nawet ja…

Jako, że nie mogę usiedzieć w miejscu, to w głowie znowu zaświtał plan. A właściwie dwa. Plan zaświtał niejako z potrzeby i zalegających tu i ówdzie dwóch mebelkach. Wdrożenie planu w całości zajmie mi pewnie całe wieki, bo do „fabryki” codziennie na osiem godzin muszę podążać. Ale zbliżają się wakacje, więc samoistnie popołudniami będę miała więcej czasu, gdyż nieletni odciążą mnie pracami naukowymi. Tzn. nie będę musiała ich zaganiać do lekcji i przepytywać:)


Co do pierwszego planu, to muszę skonstruować w warunkach domowych kawałek biura. To niejako potrzeba z racji „byznesu” małża. No gdzieś te papierzyska, pieczątki i inne „biznesowe” duperele przydałoby się trzymać w jednym miejscu. Pisałyście dziewczyny w poście o sprzątaniu, że tak u mnie wszystko poukładane. Dziękuję Wam kochane. Ale chciałabym Was jednak trochę z błędu wyprowadzić. Otóż nie wszędzie jest czysto i poukładane. Oto przedstawiam Wam ówczesne „biuro” małża. 

Szuflandia...

No czegóż tu nie można znaleźć. Nawet jakieś malusieńkiego pluszaczka. Ja z zasady i z powodu zgryzoty, które widoki te u mnie wywołują, staram się do tej szuflady nie zaglądać. Dla Was zrobiłam wyjątek. No cudnie jest, nieprawdaż? 
Dlatego, postanowiłam coś z tym zrobić, bo tego „towaru” wcale nie ubywa a przybywa. Powstanie biura w naszych warunkach lokalowych graniczy z cudem. Może i jest 100 m powierzchni ale co bardziej wierni moi czytelnicy czytali już kiedyś o szalonym konstruktorze naszych miłośniańskich mieszkań. U dzieciaków w pokoju, biura oczywista zrobić nie mogę. W salonie, nie ma gdzie więc zostaje sypialnia. Marzeniem byłoby zrobić je na strychu ale póki co, strych wymaga dużych nakładów finansowych, wiec jeszcze nie teraz.
Ja tu tak o tym biurze i biurze a w rzeczywistości będzie to po prostu biureczko i regalik nad nim. A inspiracją za to mogę obarczyć ten oto mebelek. 



Biureczko będzie stało w jedynym możliwym do tego miejscu i będzie dość ciasnawo ale za to w zimie będzie cieplutko w nóżki:) No jakieś pozytywy muszę znaleźć. Co do diznajnu przyszłego biura, to będzie oczywista w moich biało-przecierkowych klimatach. 
Że to małżowskie biuro, powiadacie, i nie wypada, żeby tak białawo i romantycznie było? Ano, może i małżowskie ale, któż jak nie ja jest małżowską kiepsko płatną, jak nie wręcz darmową sekretarką po godzinach? No któż? Dlatego, będzie po mojemu i basta. A poza tym, może się trochę w tym „biurze” zmieszczę ze swoimi dekupażowymi pierdółkami.
Drugi ambitny plan zainspirowany został tym pięknym stolikiem pod TV. Marnował się przecież, bidulek na strychu. Czas było go wyciągnąć na światło dzienne. 




Cóż, jak stolik pod TV, już mam? Muszę więc zadziałać kompleksowo i zmienić koncepcję ekhm ekhm „zimowego ogrodu”.

No ale, jak wspominałam, zajmie to trochę czasu, więc przez najbliższy czas będę miała o czym pisać na blogu. Póki co, powstało, hmmm….., pierwsze „cóś” do biura. Na pewno się przyda:)

Gdzie niegdzie krzywizny...


Pozdrawiam:)




sobota, 8 czerwca 2013

Życie mnie wciąga...

Nie potrafię usiedzieć na miejscu, nawet w sobotę i niedzielę. Jedyne chwile, w których siedzę na tyłku, to: posiłki, przepytywanie dzieci z lekcji i zaglądanie do kompa.
Myśli w głowie nie dają spokoju, bo ciągle jest coś do zrobienia. A to dokupić kwiaty na balkon i poprzesadzać te, które już posadzone. Bo koncepcja się zmieniła. A to wymyślnego coś do jedzenia zrobić. Np. w ubiegłą sobotę zrobiłam placuszki z kwiatów akacji z przepisu Bubisy. 
Pycha… 


Jak wejdę na strych, to zawsze coś z niego ściągnę do zrobienia. Pokażę niebawem. A już spacery weekendowe z psami, to czysta przyjemność i skarbnica pomysłów. Na przykład w minioną niedzielę narwałam po drodze płatków dzikiej róży, która pachnie obłędnie. A jak już narwałam, to mus było coś z nich zrobić. No więc pierwszy raz w życiu poczyniłam konfitury z płatków róży. Przepis znalazłam w necie. Ale zanim go wdrożyłam w życie, trzeba było poucinać białe końcówki z płatków, bo podobno goryczkę mają. Zajęło mi to, nie powiem, pewnie z godzinkę i czułam się trochę jak Kopciuszek. To najgorsza część pracy. I już już miałam te końcówki wyrzucić do śmieci, gdy zaświeciłam pewna myśl. Może i one nie nadają się do konfitur, ale przecież pachną przepięknie. Postanowiłam wysuszyć i wykorzystać do mydełek.
No ale wracając do konfitury, wyszła przepyszna. W necie jest dużo przepisów, ja swój oparłam o termomix, co to ułatwia kobietom życie w kuchni.

Konfitura z płatków dzikiej róży

Umyte i obcięte z białych części płatki włożyłam na ścisło do szklanki,
tak wymierzyłam ich proporcję:)
Płatki przesypać do dużej miski i dosypać pół szklanki cukru.
Dodałam startą skórkę z wyparzonej cytryny i sok z jej połowy.
Wstępnie roztarłam składniki, aby się połączyły i zmiękły.
Taką miksturę wrzuciłam na 8 minut do termomixa z „motylkiem”
i gotowałam w 100 stopniach.
Następnie przełożyłam do wyparzonego słoiczka i postawiłam do góry dnem.





 Wspaniale smakuje a aromat unosi się po całym domu. Świetna będzie do pączków lub do herbatki w zimowe wieczory. Na pewno zrobię kolejne jak tylko czas pozwoli na zbieranie płatków. Pokusiłam się też o zrobienie cukru różanego. Po prostu delikatnie zmieliłam cukier biały z podsuszonymi płatkami. Ach co za zapach….i kolor.



Z białych końcówek, jak wspominałam, zrobiłam mydełko. Nic prostszego.

Różane mydełko

Dwa mydła „biały jeleń” starłam na tarce o dużych oczkach.
W miedzy czasie gotujemy wodę w garnku,
kładziemy na garnku sitko a na nim ceramiczną miskę.
Do miski wrzucamy tartego „jelenia” i dolewamy troszkę ciepłej wody.
Fundujemy mu ciepłą kąpiel i mieszając czekamy aż się masa rozpuści.
Miskę z gęstą gładką masą zdejmujemy z garnka i czekamy aż przestygnie.
Do ciepłej masy wrzuciłam zasuszone płatki róż
 i dolałam troszkę olejku aromatycznego różanego.
Składniki łączymy, formujemy batonik i kładziemy na folii spożywczej.
Teraz wkładamy do lodówki na czas nie dłuższy,
niż potrzeba na późniejsze formowanie kształtów.
Do formowania kształtów można użyć foremek do ciast.
Można też po prostu pokroić batonik w kółeczka. Ja tak zrobiłam. To zależy od Waszej wyobraźni.
Warto pokusić się na tym etapie o zrobienie dziurki (ja robię słomką) i przełożenie jej wstążeczkami, sznurkami. Wtedy można zawiesić w dowolnym miejscu.
Mydełka z powrotem trafiają do lodówki, do całkowitego stężenia.


Mydełka kółeczka i nieudolne serduszka taką dostały aranżację:)
 



W ten sam sposób można zrobić mydełka lawendowe, rumiankowe, itp. Można dodać też otręby. Będziemy wtedy mieli mydełko - peeling.

W docelowym miejscu, w łazience.


I prawdziwe greckie mydełka cynamonowe, które mnie zainspirowały.


Małe domowe spa:)



Mydełka o różnych zapachach i kolorach, pięknie zapakowane, to świetny sposób na oryginalny prezent. Mam nadzieję, że kogoś zachęcę. Miłej zabawy i uważajcie, nie poparzcie się.
Pozdrowionka:)

sobota, 1 czerwca 2013

Dzieciowo

Po prostu moje dzieciaki kochane. 



Buba moja kochana, Kuba. Złapany dzisiaj w locie, w drzwiach. Przecież tyle ważnych spraw na zewnątrz, tyle kolegów, koleżanek, śmiechu, zabawy. 

193 cm miłości:)


Liwia, Lisia, Liwunda, moja wierna domatorka i świetna modelka. Miłośniczka wilków i owczarków niemieckich. 
Długowłosa i blondwłosa:)


Te czworonożne, to też poniekąd moje dzieci adoptowane. Najbardziej się cieszą, jak wracam z pracy:)

Maniuś, który zawsze znajdzie jakąś moją rzecz, żeby się do niej przytulić. 

Felcia, która spędza dzisiejszy dzień w .... łazience, bo się boi burzy.

Taka puszysta dziewczyna jest:)

A z racji tego, że my przeca też dzieci, dostaliśmy od mojej mamy ruskie, pycha:)

Duże dzieci dzisiaj mają się tak:)

... i tańczy dla mnie...:)

złapany i osadzony...

...za piractwo...

fanka...