Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobby. Pokaż wszystkie posty
Rytuały przedświąteczne

Rytuały przedświąteczne

Różne myśli przychodzą człowiekowi do głowy, jak się jedzie godzinę w jedną stronę do pracy i potem kolejną godzinę się z niej wraca. Na przykład o tym, że chociaż tego nie chcę i bronię się przed tym nogami i rękoma, to co roku ulegam rytuałom świątecznym. Oczywiście takim moim prywatnym. Na przykład sprzątanie przedświąteczne. Dlaczego człowiek z wywieszonym ozorem sprząta w domu tak, jakby Perfekcyjna Pani Domu miała przyjechać z białą rękawiczką. Albo co najmniej rodzina miała zaglądać w każdy kąt i w każdą szafkę i sprawdzać, czy aby nie jest brudno. Wściekam się na to, ale cóż. Latam ze szmatą i myję, o zgrozo, okna w zimę. Albo, dlaczego wciąż na ostatnią chwilę kupujemy prezenty wiedząc, że takie tłumy w sklepach a poczta nie wyrabia i przesyła paczki z opóźnieniem. Często po świętach. No przecież wiem o tym doskonale, a i tak w ostatnim tygodniu przeciskam się przez tłumy w galeriach przygryzając zęby, co by jakieś niecenzuralne słowo nie wypadło tu i ówdzie. Albo ten Kelvin w Polsacie czy inni Grisłoldowie. Wszyscy w rodzinie się nabijamy z tych corocznych rytualnych filmów, a i tak mimochodem przełączamy na filmy i kątem oka oglądamy i chichramy się, jak Griswold rozwiesza tysiące lampek na dachu domu, które ostatecznie nie świecą. Nie wspomnę już o Last Chrismas Wham’u w radio. No kicz nad kicze, ale wyczekuję jednak z utęsknieniem na znajome od lat dźwięki.
Weszło już nam to wszystko w krew i tak naprawdę, taki jest porządek tego świata. No chyba, że się mylę. U mnie jednak, to chyba choroba nieuleczalna i prawdopodobnie przekazałam ją w genach moim dzieciom.
Ale czy ja narzekam? Eee, chyba nie.
A tak poza tym rytualnie, corocznie przygotowałam już kilka butelek i bombek świątecznych z rytualnym sztucznym śniegiem i brokatem. 
W tym roku króluje retro.


A poza tym proszę bardzo, Wham i Chris Rea w tle będzie sobie brzdąkał.

Dziękuję dziewczyny za miłe słowa pod postem o mojej toaletce. Gotową i wypasioną można znaleźć oczywiście w necie za kilkaset złotych. Moja kosztowała mniej niż średniej klasy perfumy + odrobina mojej pracy, której oczywista nie da się przeliczyć na pieniądze. Pozdrawiam serdecznie i cóż, pieczenie wraz z córką rytualnych pierników już czeka. Pierniki, które i tak do świąt tradycyjnie nie doczekają.

Uwaga, duża ilość zdjęć!















Kobieca grudniowa toaletka

Kobieca grudniowa toaletka

Minęło sporo czasu od moich ostatnich wpisów. Był to czas, w którym dużo się wydarzyło w moim życiu prywatnym. Wnętrzarski więc, poszedł siłą rzeczy w odstawkę. Były gorzkie dni ale i te słoneczne… Wiele czasu poświęciłam też sobie, wreszcie!, a co za tym idzie, zastanawiałam się czy kontynuować pisanie bloga. Jest to pracochłonne a przy moich obecnych postanowieniach czasu, którego i tak było jak na lekarstwo, zrobiło się jeszcze mniej. Poza tym, doszło tzw. zmęczenie materiału… No ale szkoda mi trochę tego wszystkiego co już powstało na blogu, szkoda mi znajomości, które zawarłam w tym wirtualnym świecie. Zauważyłam też, że nie sięgam po aparat i nie utrwalam rodziny na zdjęciach, tego co od czasu do czasu powstanie w moich rękach oraz zmian pór roku za oknem. Szkoda mi…Więc, jestem. 
Ale wcale nie wiem jak często i na jak długo.

Całkiem niedawno, powstał w moim domu kącik biurowy. Ponieważ jednak, papierzyska przeniosły się w bardziej profesjonalne miejsce, powstała refleksja, co dalej. A dalej powstało to o czym zawsze marzyłam. Moja własna osobista, prywatna toaletka.



Stół już był a lustro znalazłam na strychu. Razem tworzą całkiem zgrabną całość. 


Do tego kinkiet i podręczne lusterko, które zostały przemalowane ze złota na szarość i biel.




Toaletka, gra i trąbi:) Korzystam z niej codziennie robiąc makijaż, robię przy niej notatki i wzorem dam, rozczesuję przy nim wieczorem elegancko włosy.


Myślę, że w tej formie zostanie przy mnie przez jakiś czas. Może…? Muszę tylko pomyśleć o zmianie mało uroczego kabelka do kinkietu, tudzież zamaskowanie go jakoś.
A poza tym, mamy już grudzień a listopad, którego z natury nie cierpię już minął. Trzeba pomyśleć o prezentach, dekoracjach, jadłospisie i przedświątecznym wyciszeniu.
W mieszkaniu znalazło się już kilka świąteczno-zimowych akcentów. 

Zeszłoroczna choinka z mchu bardzo dobrze się przechowała na strychu.






Powstały też już pierwsze dekupażowe ozdoby w postaci bombek i butelek. Ale o tym innym razem.
Pozdrawiam serdecznie.





Ambitne plany dwa, kiedy je wdrożę, nie wiem nawet ja…

Ambitne plany dwa, kiedy je wdrożę, nie wiem nawet ja…

Jako, że nie mogę usiedzieć w miejscu, to w głowie znowu zaświtał plan. A właściwie dwa. Plan zaświtał niejako z potrzeby i zalegających tu i ówdzie dwóch mebelkach. Wdrożenie planu w całości zajmie mi pewnie całe wieki, bo do „fabryki” codziennie na osiem godzin muszę podążać. Ale zbliżają się wakacje, więc samoistnie popołudniami będę miała więcej czasu, gdyż nieletni odciążą mnie pracami naukowymi. Tzn. nie będę musiała ich zaganiać do lekcji i przepytywać:)


Co do pierwszego planu, to muszę skonstruować w warunkach domowych kawałek biura. To niejako potrzeba z racji „byznesu” małża. No gdzieś te papierzyska, pieczątki i inne „biznesowe” duperele przydałoby się trzymać w jednym miejscu. Pisałyście dziewczyny w poście o sprzątaniu, że tak u mnie wszystko poukładane. Dziękuję Wam kochane. Ale chciałabym Was jednak trochę z błędu wyprowadzić. Otóż nie wszędzie jest czysto i poukładane. Oto przedstawiam Wam ówczesne „biuro” małża. 

Szuflandia...

No czegóż tu nie można znaleźć. Nawet jakieś malusieńkiego pluszaczka. Ja z zasady i z powodu zgryzoty, które widoki te u mnie wywołują, staram się do tej szuflady nie zaglądać. Dla Was zrobiłam wyjątek. No cudnie jest, nieprawdaż? 
Dlatego, postanowiłam coś z tym zrobić, bo tego „towaru” wcale nie ubywa a przybywa. Powstanie biura w naszych warunkach lokalowych graniczy z cudem. Może i jest 100 m powierzchni ale co bardziej wierni moi czytelnicy czytali już kiedyś o szalonym konstruktorze naszych miłośniańskich mieszkań. U dzieciaków w pokoju, biura oczywista zrobić nie mogę. W salonie, nie ma gdzie więc zostaje sypialnia. Marzeniem byłoby zrobić je na strychu ale póki co, strych wymaga dużych nakładów finansowych, wiec jeszcze nie teraz.
Ja tu tak o tym biurze i biurze a w rzeczywistości będzie to po prostu biureczko i regalik nad nim. A inspiracją za to mogę obarczyć ten oto mebelek. 



Biureczko będzie stało w jedynym możliwym do tego miejscu i będzie dość ciasnawo ale za to w zimie będzie cieplutko w nóżki:) No jakieś pozytywy muszę znaleźć. Co do diznajnu przyszłego biura, to będzie oczywista w moich biało-przecierkowych klimatach. 
Że to małżowskie biuro, powiadacie, i nie wypada, żeby tak białawo i romantycznie było? Ano, może i małżowskie ale, któż jak nie ja jest małżowską kiepsko płatną, jak nie wręcz darmową sekretarką po godzinach? No któż? Dlatego, będzie po mojemu i basta. A poza tym, może się trochę w tym „biurze” zmieszczę ze swoimi dekupażowymi pierdółkami.
Drugi ambitny plan zainspirowany został tym pięknym stolikiem pod TV. Marnował się przecież, bidulek na strychu. Czas było go wyciągnąć na światło dzienne. 




Cóż, jak stolik pod TV, już mam? Muszę więc zadziałać kompleksowo i zmienić koncepcję ekhm ekhm „zimowego ogrodu”.

No ale, jak wspominałam, zajmie to trochę czasu, więc przez najbliższy czas będę miała o czym pisać na blogu. Póki co, powstało, hmmm….., pierwsze „cóś” do biura. Na pewno się przyda:)

Gdzie niegdzie krzywizny...


Pozdrawiam:)




Życie mnie wciąga...

Życie mnie wciąga...

Nie potrafię usiedzieć na miejscu, nawet w sobotę i niedzielę. Jedyne chwile, w których siedzę na tyłku, to: posiłki, przepytywanie dzieci z lekcji i zaglądanie do kompa.
Myśli w głowie nie dają spokoju, bo ciągle jest coś do zrobienia. A to dokupić kwiaty na balkon i poprzesadzać te, które już posadzone. Bo koncepcja się zmieniła. A to wymyślnego coś do jedzenia zrobić. Np. w ubiegłą sobotę zrobiłam placuszki z kwiatów akacji z przepisu Bubisy. 
Pycha… 


Jak wejdę na strych, to zawsze coś z niego ściągnę do zrobienia. Pokażę niebawem. A już spacery weekendowe z psami, to czysta przyjemność i skarbnica pomysłów. Na przykład w minioną niedzielę narwałam po drodze płatków dzikiej róży, która pachnie obłędnie. A jak już narwałam, to mus było coś z nich zrobić. No więc pierwszy raz w życiu poczyniłam konfitury z płatków róży. Przepis znalazłam w necie. Ale zanim go wdrożyłam w życie, trzeba było poucinać białe końcówki z płatków, bo podobno goryczkę mają. Zajęło mi to, nie powiem, pewnie z godzinkę i czułam się trochę jak Kopciuszek. To najgorsza część pracy. I już już miałam te końcówki wyrzucić do śmieci, gdy zaświeciłam pewna myśl. Może i one nie nadają się do konfitur, ale przecież pachną przepięknie. Postanowiłam wysuszyć i wykorzystać do mydełek.
No ale wracając do konfitury, wyszła przepyszna. W necie jest dużo przepisów, ja swój oparłam o termomix, co to ułatwia kobietom życie w kuchni.

Konfitura z płatków dzikiej róży

Umyte i obcięte z białych części płatki włożyłam na ścisło do szklanki,
tak wymierzyłam ich proporcję:)
Płatki przesypać do dużej miski i dosypać pół szklanki cukru.
Dodałam startą skórkę z wyparzonej cytryny i sok z jej połowy.
Wstępnie roztarłam składniki, aby się połączyły i zmiękły.
Taką miksturę wrzuciłam na 8 minut do termomixa z „motylkiem”
i gotowałam w 100 stopniach.
Następnie przełożyłam do wyparzonego słoiczka i postawiłam do góry dnem.





 Wspaniale smakuje a aromat unosi się po całym domu. Świetna będzie do pączków lub do herbatki w zimowe wieczory. Na pewno zrobię kolejne jak tylko czas pozwoli na zbieranie płatków. Pokusiłam się też o zrobienie cukru różanego. Po prostu delikatnie zmieliłam cukier biały z podsuszonymi płatkami. Ach co za zapach….i kolor.



Z białych końcówek, jak wspominałam, zrobiłam mydełko. Nic prostszego.

Różane mydełko

Dwa mydła „biały jeleń” starłam na tarce o dużych oczkach.
W miedzy czasie gotujemy wodę w garnku,
kładziemy na garnku sitko a na nim ceramiczną miskę.
Do miski wrzucamy tartego „jelenia” i dolewamy troszkę ciepłej wody.
Fundujemy mu ciepłą kąpiel i mieszając czekamy aż się masa rozpuści.
Miskę z gęstą gładką masą zdejmujemy z garnka i czekamy aż przestygnie.
Do ciepłej masy wrzuciłam zasuszone płatki róż
 i dolałam troszkę olejku aromatycznego różanego.
Składniki łączymy, formujemy batonik i kładziemy na folii spożywczej.
Teraz wkładamy do lodówki na czas nie dłuższy,
niż potrzeba na późniejsze formowanie kształtów.
Do formowania kształtów można użyć foremek do ciast.
Można też po prostu pokroić batonik w kółeczka. Ja tak zrobiłam. To zależy od Waszej wyobraźni.
Warto pokusić się na tym etapie o zrobienie dziurki (ja robię słomką) i przełożenie jej wstążeczkami, sznurkami. Wtedy można zawiesić w dowolnym miejscu.
Mydełka z powrotem trafiają do lodówki, do całkowitego stężenia.


Mydełka kółeczka i nieudolne serduszka taką dostały aranżację:)
 



W ten sam sposób można zrobić mydełka lawendowe, rumiankowe, itp. Można dodać też otręby. Będziemy wtedy mieli mydełko - peeling.

W docelowym miejscu, w łazience.


I prawdziwe greckie mydełka cynamonowe, które mnie zainspirowały.


Małe domowe spa:)



Mydełka o różnych zapachach i kolorach, pięknie zapakowane, to świetny sposób na oryginalny prezent. Mam nadzieję, że kogoś zachęcę. Miłej zabawy i uważajcie, nie poparzcie się.
Pozdrowionka:)

Copyright © Renovatio Joanna Grabowska , Blogger